piątek, 10 maja 2013
I Rozdział
Obudziłem się. Spojrzałem na zegarek, była godzina 8:15. Znów przyśnił mi się on. Te sny są co raz to bardziej prawdziwsze. I zawsze kończy się na tym samym. Podszedłem do niego, a on szepnął mi w ucho czułe ,, Kocham Cię ''. Wstałem i ruszyłem w stronę łazienki, aby móc ogarnąć swój sobotni, poranny nie ład. Wszedłem pod prysznic. Na moją głowę spadały krople wody. Zdecydowanie kochałem kąpiel z rana.
Oczyszczała mnie z wszystkich złych myśli. Wyszedłem z pod prysznica i narzuciłem na swoje chude ciało ręcznik. Powoli i delikatnie wycierając tak, aby każde miejsce było suche. Nie lubię tego, gdy zakładałam jakąś rzecz, na mokre miejsce. Po starannym wytarciu, nałożyłem na siebie ciuchy. Wyszedłem z łazienki i kierowałem się w stronę torby szkolnej, aby móc spakować się na dzisiejsze lekcje.
Hmm... zobaczmy co my tutaj mamy. No tak 2 angielskie, Niemiecki Matematyka, Geografia, Biologia i 2 Chemie. Nienawidzę poniedziałków. Najgorsze lekcje jakie mogę mieć i to na starcie tego tygodnia. Ciekawe kto wymyślił ten zacny plan. Pewnie jakiś debil bez życia. Spakowałem się i zszedłem na dół, aby spożyć śniadanie uszykowane przez moją rodzicielkę. Zasiadłem do stołu, a na nim same pyszne rzeczy. Jeśli ojciec zaraz nie przyjdzie zjem je sam. On wie, jak i mama, że kocham jeść. Zjem wszystko i nigdy nie wybrzydzam.
-Kochanie proszę zejdź już.-Krzyknęła rodzicielka, po czym dodając żartobliwie- Bo nasz synek wszystko zje.- Nie lubiłem, gdy tak żartowała. Po prostu jem więcej niż oni, czy jest w tym coś śmiesznego? nie sądzę.
Spożyłem owe śniadanie, pożegnałem rodziców i wyszedłem do szkoły. Iż mam do niej daleko zawsze biorę słuchawki i zakładam na uszy. Oczywiście jak to u mnie leci Justin Bieber. Nie lubiłem chodzić do szkoły, muszę przedzierać się po zakamarkach. Nikt oprócz mnie tędy nie chodzi. Bo kto inny włóczył by się tutaj? tu są same szczury i śmieci. Ten nieprzyjemny odór i tak szaro. Najgorsze jest to, że przez drogę muszę minąć dzielnicę, gdzie zazwyczaj są strzelaniny. Zawszę się boję tamtędy iść. Zadajecie sobie pytanie- Dlaczego rodzice nie wiozą mnie do szkoły? - odpowiem na nie tyle, że oni nie wiedzą, że ich synek chadza po groźnych kątach. Gdybym im powiedział to by dali mi karę na dobre 2 miesiące, bez wychodzenia z domu. Tego chcę uniknąć. Chociaż lepiej by była taka wiadomość, niż o synie, który zginął przez głupotę. Właśnie doszedłem na tę ,,dzielnię''. Moje serce zaczęło szybciej bić, a w myślach najgorsze.
Horan kretynie wyłóż słuchawki z uszu! -usłyszałem głos. Tak jak rzekł, tak i zrobiłem. Było słychać jak tu jest spokojnie, ale to tylko haczyk. Gdy przejdzie jakaś nieznana osoba, od razu ją zabijają. To jest straszne. Moja Klatka opadała i wznosiła się nie spokojnie. Każdy odgłos poruszający trawą czy liśćmi, budził w krwi strach. Stanąłem bez ruchu, jak skała, na odgłos czyiś kroków. To było straszne, nie wiedziałem kto za mną podąża, a raczej było ich tam więcej. Moje serce biło nie spokojnie, gdy nagle jeden z nich odezwał się złowrogo.
-Gdzieś się wybierasz?- nie miałem ochoty odpowiedzieć. Bałem się nawet odwrócić. Poczułem ciężką dłoń na moim ramieniu.
Z łatwością odwrócił mnie, tak aby zobaczyć mój strach. Widać, że
chłopak o ciemnych lokowanych włosach uśmiechnął się, widząc mnie wystraszonego i bezsilnego.
-Taki chłopczyk jak ty, sam tutaj. -zadrwił. zbliżył się do mojego ucha. Czułej jego ciepły oddech na mojej szyi, dodając- Już nie żyjesz.- Moje nogi odmówiły posłuszeństwa, na wypowiedziane słowa. On tylko pokiwał głową na boki, z uśmiechem na twarzy. Jak zabijanie człowieka może cieszyć, ja się pytam? Tacy ludzi powinni się leczyć, tak na głowę. Z myśli wybił mnie ochrypły głos - Jakieś ostatnie słowa? - Wypowiedział je bezpośrednio do mnie, patrząc w moje oczy. Ja, aby opuściłem wzrok na dół, gdy nagle z grupy wyszedł chłopak. Spojrzałem na niego skanując, każdy skrawek jego ciała. Miał na sobie brązowe rurki z białą koszulką. Jego włosy były idealnie ułożone a jego oczy wybijały się z daleka. Ciemne i wielkie oczy, którymi spoglądał na mnie. Czułem się trochę dziwnie, szczerze mówiąc.
_____________________________Zayn____________________________
Spojrzałem w dół, gdy zobaczyłem znajomą mi twarz. Nie mogłem pozwolić, aby Harry zabił go. Przecież codziennie przechodzi tędy. Widzę go i zawszę rozmyślam, jak taki chłopak, jak on nie boi się przechodzić tędy. Był taki niewinny, wystraszony a zarazem silny. Było w nim coś takiego sympatycznego.
Szybko wystąpiłem przed gang, obserwując blondyna. Mierzyłem każdy skrawek skóry, gdy napotkałem jego oczy. Były Niebieskie jak morze, mógł bym nawet rzecz, że z każdym narastającym go strachem robiły się coraz to ciemniejsze, oraz bardziej błyszczące. Spojrzałem na brutalną minę Hazzy, w ręku trzymał pistolet skierowany na blondyna, powoli i lekko zaciskał spust. Widać, że cieszyła go, reakcja blondyna. Siedział na chodziku nie ruszając się. Jakby wiedział, że gwałtowny ruch, lub próba ucieczki zakończy się śmiercią. Spoglądał raz na mnie, a raz na Loczka. Nie mogłem wytrzymać tego. Nie zauważyłem, gdy moja ręka powędrowała na spluwę. Zwinnie wyrwałem ją z rąk Harrego.
On oszołomiony spojrzał na mnie, nie wiedząc o co chodzi.
-Harry nie możesz.- Powiedziałem. sprzeciwiłem się naszemu szefowi. Nikt jeszcze tego nie zrobił, dlatego był w takim ogromnym szoku.
-Coś ty powiedział- Wymamrotał swoim ochrypłym głosem. Na jego twarzy szybko narysowała się złość.
-Nie możesz go zabić!- Powiedziałem stanowczo. Po chwili ciszy, dodałem- On codziennie tędy przechodzi - rzekłem. Harry spojrzał na mnie, z dziwną miną. Było można wyczytać, z niej, iż był trochę zaciekawiony skąd znam blondaska.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz